Kazimierz Gwizdka "Takich braw nie dostąpi już nigdy żadna orkiestra"

U schyłku lata 1944 roku, w skwarne popołudnie komanda powracały jak co dzień do obozu. Transportowano na tragach i wózkach martwych więźniów, którzy nie przebrnęli przez trudy dnia i nie znieśli jarzma niewolniczej pracy. Bez trumien, wieńców, bez krzyża. Orkiestra grała zwykłe marsze. Ale oprócz grania na śmierć, orkiestra grała dla żywych jeszcze. Kiedy wycieńczeni pracą więźniowie słaniali się w marszowej kolumnie i słyszeli tylko grającą z dala na bramie orkiestrę, ta stawiała ich na równe nogi, dodawała otuchy i nadzwyczajnych sił do przetrwania i wtedy z melodii przeróżnych marszów granych na niemiecką modłę, pod dzikie skandowanie „links und links” dawało się słyszeć wyraźnie, jak koledzy orkiestranci przemawiali do nas wirtuozowsko na swoich instrumentach. Każdy do każdego w swoim ojczystym języku. Posyłali improwizowane pozdrowienia barwą dźwięku. „Trzymaj się bracie – wszyscy nie zginiemy”. Zamiast przybijać nogami przed raportführerem na bramie, przechodzące piątki czyniły to gremialnie przed orkiestrą, kilkanaście kroków dalej po minięciu Blockführerstuby. Takich braw wystukiwanych drewniakami, takich owacji kołatek przytroczonych do nóg nie dostąpi już nigdy żadna orkiestra. Do końca świata.

Powrót do góry